Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 listopada 2015

Aktywność w ciąży - wędrówki po górach.

To, że jesteś w ciąży wcale nie oznacza, że musisz zrezygnować ze wszystkich rzeczy, które sprawiają Ci przyjemność. W październiku wybraliśmy się w Bieszczady - góry niezbyt wysokie, bo najwyższy szczyt - Tarnica - wynosi 1346 m n.p.m. Dla porównania Giewont - 1894 m n.p.m. Bajeczna gra jesiennych barw sprawiła, że wędrówki po lasach i łąkach górskich były prawdziwą przyjemnością.
Cały czas pamiętałam o małym szkrabie i uważałam na siebie, by uniknąć urazu mechanicznego. Jadąc w góry zawsze pamiętam o dobrym przygotowaniu się- odpowiednim obuwiu, odzieży i batoniku w plecaku ;)

W Bieszczady, w miejsce gdzie diabeł mówi dobranoc - odcięte od cywilizacji, nie tknięte zbytnio ludzką ingerencją - wrócimy na pewno. Jeśli nigdy nie byliście w tych rejonach - gorącą zachęcam - zwłaszcza w okresie jesiennym. Nie ma aż tak wielu turystów, szlaki nie są przeludnione - chyba, że w weekendy. Szlaki są na tyle mało wymagające, że można sobie na nich zrobić solidny trening biegowy.






niedziela, 31 maja 2015

Zakopane...dozoba! :))

Jeśli jesteście już w górach i pogoda Wam nie dopisuje – nie siedźcie w domu!

My mimo fatalnej aury i lejącego deszczu wybraliśmy się na szlak – niektórzy powiedzą mało wymagający – doliny, co to za urok. A no jest. Przy pięknej pogodzie widać doskonale szczyty, granie i można zdecydować się pójść innym szlakiem, by wejść nieco wyżej.

Pierwszego dnia weszliśmy na Gubałówkę, z której mieliśmy piękny widok na całe Zakopane. Był to jedyny dzień, kiedy mogliśmy podziwiać widoki gór. W kolejnych dniach wszystko spowite było mgłą. Zjechaliśmy śmieszną dwuosobową kolejką i żeby nie tracić słonecznego dnia poszliśmy do Doliny Kościeliskiej. Za każdym razem gdy jestem w Zakopcu to wędruję tym szlakiem. Mam jakiś sentyment, wewnętrzną chęć powrotu w to miejsce.  Kolejnego dnia w deszczu przeszliśmy Dolinę Strążyską i Ścieżką nad Reglami – pfff a raczej stromą, kamienistą drogą w górę – doszliśmy do Przełęczy i zeszliśmy w dół do Doliny Białego. Tyłek i nogi bolały niesamowicie, mgła i deszcz sprawiły, że było dość mrocznie. Jednak dobre humory nie opuszczały nas nawet na chwilę – a ja jak zwykle – właziłam tam, gdzie włazić nie powinnam. Ale dzięki moim butom czułam się bezpiecznie :) Poszliśmy również do Polany Chochołowskiej – 10 kilometrów wędrówki w jedną stronę. W schronisku zjadłam przepyszny żurek – ja w ogóle codziennie jadłam żurek – takiego jak na Podhalu nie znajdziecie nigdzie!


Pogoda była różna, na szczęście bazując na doświadczeniu z poprzednich wyjazdów byłam dobrze przygotowana. Oprócz trampek, zapakowałam dwie pary butów – sportowe, lekkie Nike i buty The North Face. Adidasy na ciepłą i suchą pogodę – na mniej wymagające trasy, buty trekkingowe – na dłuższe i wyższe wędrówki, również w deszcz. Sprawdziły się idealnie. Dlaczego tak ważny jest dobór odpowiedniego obuwia? Po pierwsze chyba średnio komfortowo wędruje się gdy stopa jest cała mokra i zziębnięta – wtedy zimno odczuwane jest niemal na każdym kawałku ciała. Buty trekkingowe, które posiadam są z goratexem – więc wilgoci do wewnątrz nie wpuszczają, za to wyrzucają ją na zewnątrz. Stopa sucha! Mają również specjalną podeszwę – nie ślizga się, mimo mokrych kamieni. Również jest to duża wygoda ze względu na to, że nie odczuwa się boleśnie podłoża, po którym się stąpa. W trampkach, czy adidasach podeszwa jest cienka, czuje się niemal każdy kamyk. Co po krótkim czasie sprawia, że boli nas noga. Pamiętam moją pierwszą wyprawę w góry, kiedy to na Giewont wdrapałam się w sandałach – szczyt głupoty i lekkomyślności. Myślałam, że wezwę helikopter TOPR’u – serio. I to nie dlatego, że byłam wykończona trasą – tak bolały mnie stopy i tyłek od kilku zjazdów na pośladkach w dół, że każdy kolejny krok był męką. Byłam wściekła, klęłam pod nosem i chciałabym jak najszybciej znaleźć się w łóżku. Mimo zdobytego szczytu i prawdopodobnie pięknych widoków – których nie mogłam podziwiać, bo zmuszona byłam patrzeć na nogi i na to w którym miejscu je stawiam – wspominam ten dzień koszmarnie. Także buty to podstawa. Nawet z czyszczeniem ich nie ma problemu – wystarczy przetrzeć mokrą szmatką. Ja posiadam buty firmy The North Face, ale te Salomona wydają mi się jeszcze bardziej stabilne. Przed kolejnym wyjazdem myślę o zakupie jeszcze jednej pary – takiej, która usztywnia również kostkę. Nie ryzykujcie - przed wyprawą w góry zainwestujcie w dobre buty. Nawet w ciepłe dni, na szlaku spotkać Was może ulewny deszcz, pogoda jest dynamiczna i nieprzewidywalna.




Z tym, że warto się ubierać na cebulkę – to również prawda. Ja w ten pamiętny deszczowy dzień miałam na sobie aż 4 warstwy. Sportową bluzkę na długi rękaw Adidasa, białą, cienką bluzkę w której zawsze biegam jesienią – gdzieś na blogu już o niej pisałam. Ciepły polar i kurtkę przeciwdeszczową. Na legginsy sportowe zakładam przeciwdeszczowe spodnie – Salomon jestem wdzięczna. Ciepło, sucho i wygodnie. A jak za ciepło, to zawsze można pozbyć się którejś z warstw ; ) Aha, piątą warstwą był śmieszny deszczak zakupiony przed wejściem na trasę - wyglądaliśmy jak drużyna power rangers. Leśne, kolorowe ludki. Kurtka koniecznie z kapturem. My mamy również plecak przeznaczony na górskie wędrówki The North Face – nie przemaka, jest lekki i wygodny.


No dobra, to czas na kilka zdjęć 

wtorek, 26 maja 2015

Góralu....czy Ci nie żal!?

W końcu mogę napisać, że naprawdę odpoczęłam i naładowałam wewnętrzne akumulatory. I chociaż sposób w jaki spędziłam ostatnie dni był mega intensywny, wymagał dużo wysiłku fizycznego i czasami walki z samą sobą, to czuję się lekka, świeża, odmieniona. Mam wolny umysł, nie zatruwają mnie negatywne myśli i obawy. Żyję ‘tu i teraz’. Cieszę się tym, co przynosi każdy dzień ;)

Kocham góry. Niesamowite widoki zapierające dech w piersiach. Człowiek wspinając się na jakiś szczyt czuje się taki malutki. Góry uczą pokory, zaskakują, zmieniają punkt widzenia i potrafią pomóc człowiekowi otworzyć oczy na wiele spraw, o których nie myśli się na co dzień, pomagając przy tym zapomnieć o smutnej, szarej rzeczywistości.

Do Zakopanego zawsze chętnie wracam i wracać będę. Odpowiada mi tamtejszy klimat, atmosfera i magia tego miejsca. Być tak blisko natury, przyrody to niesamowite doświadczenie, zarówno dla ciała jak i dla umysłu. Kilka następnych wpisów poświęcę właśnie górom. 

Jest to idealne miejsce do pracy nad kondycją fizyczną, siłą i wytrzymałością wysiłku. Sama po sobie zauważyłam, że pierwszego dnia tuż po przybyciu na miejsce miałam problem z wejściem na…Gubałówkę. Natomiast ostatniego dnia skakałam jak kozica, nie zważając na pogodę. Zakwasy miałam lekkie, kolano dopiero po ostatniej – najdłuższej wyprawie zaczęło się buntować (opuchło, zebrał się płyn). Gdyby nie pogoda – na którą na szczęście byłam przygotowana – o czym będziecie mogli przeczytać jutro – pewnie zdobylibyśmy więcej szczytów – jednak w tych warunkach było to nie tylko niebezpieczne, ale i uciążliwe.


W ciągu czterech dni pokonaliśmy 46 kilometrów - tyle udało mi się zliczyć. Zarówno w słońcu jak i w ulewnym deszczu. Przeżyłam burzę życia – takiego nieba i błyskawic nie widziałam nigdy!

Trasy naszych wędrówek możecie zobaczyć poniżej. Niestety nie używałam endomondo na bieżąco, ze względu na zbyt szybkie pochłanianie baterii w telefonie i brak zasięgu w dalszych partiach gór.


Zaraz po przyjeździe weszliśmy na Gubałówkę, z której zjechaliśmy śmiesznym, dwuosobowym wyciągiem. Tego samego dnia poszliśmy do Doliny Kościeliskiej. W nocy pogoda się popsuła. Kolejnego dnia, w strugach deszczu przeszliśmy przez Dolinę Strążyską i dalej czarnym szlakiem ścieżką Nad Reglami. Doszliśmy do Doliny Białego i wzdłuż Białego Potoku doszliśmy do mety naszej wędrówki. Kolejnego dnia przeszliśmy Dolinę Chochołowską – chochoł w końcu odwiedził rodzinne strony ;D Kilometry zrobiliśmy również spacerując po Krupówkach, zajadając się naturalnymi lodami i oscypkami z żurawiną.


A już jutro relacja ze szlaków i o tym, co zabrać ze sobą w góry.




poniedziałek, 5 listopada 2012

Górskie wędrówki - moja kolejna pasja.

Przed operacją kolana byłam osobą baaaardzo aktywną. Poza zajęciami wychowania fizycznego, dwa razy w tygodniu miałam treningi - w ramach klasy sportowej. Oraz dwa razy w tygodniu treningi piłki ręcznej. Do tego dochodziły starty na stadionie, zawody. A w weekendy zajęcia na basenie - czasami raz w tygodniu, czasami dwa. Więc nie ma co się dziwić, że kiedyś byłam fit dziewczyną, sprawną, potrafiącą zrobić mostek ze stania. No ale stare, dobre czasy minęły - choć po cichutku mam nadzieję, że jeszcze wrócą.

Jednak jedna rzecz pozostała stała. Robiłam to zarówno przed jak i po operacji. O czym mowa?