To, że jesteś w ciąży wcale nie oznacza, że musisz zrezygnować ze wszystkich rzeczy, które sprawiają Ci przyjemność. W październiku wybraliśmy się w Bieszczady - góry niezbyt wysokie, bo najwyższy szczyt - Tarnica - wynosi 1346 m n.p.m. Dla porównania Giewont - 1894 m n.p.m. Bajeczna gra jesiennych barw sprawiła, że wędrówki po lasach i łąkach górskich były prawdziwą przyjemnością.
Cały czas pamiętałam o małym szkrabie i uważałam na siebie, by uniknąć urazu mechanicznego. Jadąc w góry zawsze pamiętam o dobrym przygotowaniu się- odpowiednim obuwiu, odzieży i batoniku w plecaku ;)
W Bieszczady, w miejsce gdzie diabeł mówi dobranoc - odcięte od cywilizacji, nie tknięte zbytnio ludzką ingerencją - wrócimy na pewno. Jeśli nigdy nie byliście w tych rejonach - gorącą zachęcam - zwłaszcza w okresie jesiennym. Nie ma aż tak wielu turystów, szlaki nie są przeludnione - chyba, że w weekendy. Szlaki są na tyle mało wymagające, że można sobie na nich zrobić solidny trening biegowy.
W
końcu mogę napisać, że naprawdę odpoczęłam i naładowałam wewnętrzne
akumulatory. I chociaż sposób w jaki spędziłam ostatnie dni był mega
intensywny, wymagał dużo wysiłku fizycznego i czasami walki z samą sobą, to
czuję się lekka, świeża, odmieniona. Mam wolny umysł, nie zatruwają mnie
negatywne myśli i obawy. Żyję ‘tu i teraz’. Cieszę się tym, co przynosi każdy
dzień ;)
Kocham góry. Niesamowite widoki zapierające dech w
piersiach. Człowiek wspinając się na jakiś szczyt czuje się taki malutki. Góry
uczą pokory, zaskakują, zmieniają punkt widzenia i potrafią pomóc człowiekowi
otworzyć oczy na wiele spraw, o których nie myśli się na co dzień, pomagając
przy tym zapomnieć o smutnej, szarej rzeczywistości.
Do Zakopanego zawsze chętnie wracam i wracać będę. Odpowiada
mi tamtejszy klimat, atmosfera i magia tego miejsca. Być tak blisko natury,
przyrody to niesamowite doświadczenie, zarówno dla ciała jak i dla umysłu.
Kilka następnych wpisów poświęcę właśnie górom.
Jest to idealne miejsce do pracy nad kondycją fizyczną, siłą
i wytrzymałością wysiłku. Sama po sobie zauważyłam, że pierwszego dnia tuż po
przybyciu na miejsce miałam problem z wejściem na…Gubałówkę. Natomiast
ostatniego dnia skakałam jak kozica, nie zważając na pogodę. Zakwasy miałam
lekkie, kolano dopiero po ostatniej – najdłuższej wyprawie zaczęło się buntować
(opuchło, zebrał się płyn). Gdyby nie pogoda – na którą na szczęście byłam
przygotowana – o czym będziecie mogli przeczytać jutro – pewnie zdobylibyśmy
więcej szczytów – jednak w tych warunkach było to nie tylko niebezpieczne, ale
i uciążliwe.
W ciągu czterech dni pokonaliśmy 46 kilometrów - tyle udało mi się zliczyć. Zarówno w
słońcu jak i w ulewnym deszczu. Przeżyłam burzę życia – takiego nieba i
błyskawic nie widziałam nigdy!
Trasy naszych wędrówek możecie zobaczyć poniżej. Niestety
nie używałam endomondo na bieżąco, ze względu na zbyt szybkie pochłanianie
baterii w telefonie i brak zasięgu w dalszych partiach gór.
Zaraz
po przyjeździe weszliśmy na Gubałówkę, z której zjechaliśmy śmiesznym,
dwuosobowym wyciągiem. Tego samego dnia poszliśmy do Doliny Kościeliskiej. W
nocy pogoda się popsuła. Kolejnego dnia, w strugach deszczu przeszliśmy przez
Dolinę Strążyską i dalej czarnym szlakiem ścieżką Nad Reglami. Doszliśmy do
Doliny Białego i wzdłuż Białego Potoku doszliśmy do mety naszej wędrówki.
Kolejnego dnia przeszliśmy Dolinę Chochołowską – chochoł w końcu odwiedził
rodzinne strony ;D Kilometry zrobiliśmy również spacerując po Krupówkach,
zajadając się naturalnymi lodami i oscypkami z żurawiną.
A już jutro relacja ze szlaków i o tym, co zabrać ze sobą w góry.